Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Nasza "antologia" na Dzień Nauczyciela

czwartek 15 gru 2011, 20:12

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby biblioteka szkolna była gospodarzem, współgospodarzem czy współautorem scenariusza akademii z okazji Dnia Nauczyciela, wykorzystując bogactwo literackich wątków o szkole/nauczycielach i reklamując książki z bibliotecznych półek.
Do tej pory nie spotkałam się z takim scenariuszem, myślę, że każdy mógłby go na swój sposób zakomponować, mając pod ręką gotowe, literackie perełki. Modyfikuję więc wcześniejszy pomysł i proponuję , by wrzucać do naszego wspólnego koszyka nie tylko metryczkę książki i stronę, ale cały, wybrany fragmencik, bo inaczej poszukiwaniom nie byłoby końca. Co kilka głów to nie jedna ...
Ostatnio zmieniony niedziela 12 sie 2012, 13:00 przez Grażyna Bartkowska, łącznie zmieniany 1 raz.

ma_tyl
Posty: 5
Rejestracja: poniedziałek 14 lis 2011, 03:39

"Antek"

czwartek 15 gru 2011, 21:15

"- A dobry też z niego profesor?
- No, niczego!... On niby, jak z nim gadać, to taki jest trochę głupowaty, ale uczy - jak wypada. Mój przecie chłopak chodzi do niego dopiero trzeci rok i już zna całe abecadło - z góry na dół i z dołu do góry".

Bolesław Prus, Antek, [w:] tegoż, Nowele wybrane, Warszawa 1994, s. 139.

ewunia
Posty: 3
Rejestracja: poniedziałek 07 lis 2011, 14:16

Motyw z nauczycielem

wtorek 03 sty 2012, 10:18

Myslę, że można na swój sposób zinterpretować postać Belfer Bladaczka z Ferdydurke W. Gombrowicza
Uczący języka polskiego, nie potrafi zapanować nad swoimi uczniami. Na zajęciach panuje chaos, lekcja prowadzona jest w nudny dla chłopców sposób. Badaczka mówi schematami, nie ma własnego zdania, podpisuje się pod tym, co uważa większość. Z uporem powtarza:

Dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość? […] Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był!

Nie umie odnaleźć się w najprostszej sytuacji, boi się publicznego wystąpienia przed klasą. I takich można spotkać w naszych szkołach!

MartaK.
Posty: 15
Rejestracja: środa 09 lis 2011, 16:26

środa 04 sty 2012, 19:54

Idąc za ciosem, można dorzucić nieszczęsnego polonistę z "Syzyfowych prac" i Stasię Bozowską z "Siłaczki". Bo i tacy są :) Ale żeby to ładnie skompilować, musi się znaleźć jakaś zdolna osoba z pomysłem, bo to trudne wyzwanie jest

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Temperatura wrzenia ciała pedagogicznego

piątek 06 sty 2012, 12:36

Ciało pedagogiczne ma najniższą temperaturę wrzenia spośród wszystkich ciał fizycznych. Rozpala je już jedno słowo, mały gest, byle iskierka, w towarzystwie innych ciał skazana na żywot krótki, chwiejny, niepewny.
Być może dzieje się tak za sprawą stałego przebywania ciał pedagogicznych pod ciśnieniem, w gęstej atmosferze niechętnego im z założenia środowiska, wśród przeważających liczebnie ciał obcych, równie silnie naładowanych elektrycznie, lecz o przeciwnym, by nie rzec wrogim potencjale.
Ciągłe wystawianie się na szkodliwy wpływ ujemnie naładowanych jednostek niszczy płaszcz ochronny ciała pedagogicznego, przeistaczając je z upływem czasu w byt zmienny, drażliwy i całkowicie pozbawiony życzliwego stosunku do świata (...)
Notuje się jednakowoż wyjątki od powyższej reguły. Istnieją jakieś nie odkryte jeszcze przez naukę, lecz potwierdzone empirycznie- mutacje genetyczne ciał pedagogicznych, które w pewnych okolicznościach pozwalają im zgodnie i z pożytkiem egzystować z hordą wrogich ciał uczniowskich. Mówi o tym trzecia zasada dynamiki Newtona. Zacytujmy z pamięci:
"Jeżeli ciało A działa na ciało B pewną siłą, to ciało B działa na ciało A siłą o takiej samej wartości, takim samym kierunku i przeciwnym zwrocie".
Nigdy dość powtórek.
Problem w tym, żeby siły te jakoś trafiały na siebie. Tymczasem one, minąwszy się o lata świetlne, lądują zazwyczaj bezużytecznie w przeciwległych rogach kosmosu.
Małgorzata Gutowska- Adamczyk, 110 ulic, Akapit- Press, Łódź 2002, s. 225


[/i]

ma_tyl
Posty: 5
Rejestracja: poniedziałek 14 lis 2011, 03:39

sobota 07 sty 2012, 18:57

- Jak mnie Tomasz wyrwie, leżę z dwóją na szynach! A czy to moja wina?
- Pewnie, że nie twoja, ale nauczyciele nie potrafią się wczuć. Ich to nic nie obchodzi.

Hanna Ożogowska, Za minutę pierwsza miłość (przykro mi, ale nie mam w notatkach wydania i strony - do uzupełnienia w razie potrzeby)

Jest to dialog Kostka i Marcina. Siostrze Kostka, Alicji, przydzielono mieszkanie, w którym miała zamieszkać tuż po ślubie. Tymczasem urzędnicy zadecydowali, że mieszkanie trafi do kogoś innego. Młoda para chce zamieszkać więc w rodzinnym mieszkaniu Alicji, a Kostkowi grozi... przeniesienie do kuchni. Tymczasem chłopak też ma swoje marzenia, największym z nich jest posiadanie psa. Nie ma jednak nawet z kim o tym porozmawiać.

aniade
Posty: 1
Rejestracja: wtorek 08 lis 2011, 16:02

piątek 03 lut 2012, 11:33

"- Dobro wraca - Bromba spoważniała. - Zło również. Pamiętajcie o tym dzieciaki.
- Sorka to tak potrafi, no, tak poruszyć coś, o tutaj - Szymon wskazał na okolice serca.
- Będą z ciebie ludzie, Leśnik, skoro tu coś czujesz."

"Miłość w kasztanie zaklęta" Monika A. Oleksa, Zysk i S-ka, Poznań 2011, s. 279.
Gdyby można po cichutku, kiedy człowiek zaśnie
Cofnąć życie tak jak zegar o lat kilkanaście...

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

"O, ja pierniczę!" czyli ŻARTY z polonistką

sobota 03 mar 2012, 17:36

Słońce wyjątkowo dogrzało, więc Kamil zrzucił kurtkę, odsłaniając muskularne ramiona. Ujrzawszy go, Kaśka aż jęknęła z zachwytu i na całą klasę wyrwało jej się: Ja pierniczę! - Co takiego? Katarzyna! Coś ty powiedziała?- pani Czajka aż uniosła się na krześle i przerwała omawianie losów Zośki i Rudego. A ponieważ użyła pełnej formy imienia, więc klasa poczuła, że zbliża się burza. Wszyscy uczniowie w całej szkole wiedzieli, że nauczycielka używa pełnej formy imienia, kiedy ma naprawdę zły humor. A przeważnie dzieje się tak, gdy uczniowie używają slangowych wyrażeń. Panią Czajkę z równowagi wyprowadzało nawet słowo "fajnie". Dlatego Kaśki "ja pierniczę" zwiastowało niezłą burzę. Ale nagle zupełnie niespodziewanie odezwał się Maciek: - Proszę pani. każdy język ewoluuje. W tym polski. Pierniczyć to czasownik wytrych. Znaczeń ma wiele. Dzięki słowotwórczemu rozebraniu tego czasownika człowiek uczy się gramatyki.
Klasa obserwowała, jak wychowawczyni mieni się na twarzy wszystkimi kolorami tęczy. - Co masz na myśli?- spytała chłodnym tonem pani Czajka.
- Nic takiego specjalnego poza tym, że pani miała teraz zamiar Kaśkę opierniczyć, czyli skrzyczeć, a tym samym wykazać swoja dezaprobatę. gdyby była pani jej koleżanką, Kaśka z pewnością kazałaby się pani odpierniczyć, czyli odczepić, uznając, że pani przesadza. Klasę zatkało. Panią Czajkę również. Z otwartymi ustami patrzyła na swojego najbardziej wyszczekanego ucznia, który jak gdyby nigdy nic ciągnął dalej:- Ale ponieważ jest pani nauczycielką, więc Kaśka z pewnością chciałaby teraz spierniczyć ze szkoły. Gdyby zaś z tego powodu wstawiłaby jej pani złą ocenę, wówczas Kaśka starałaby się podpierniczyć, ewentualnie zapierniczyć, czyli ukraść, dziennik. Ewentualnie ów dziennik gdzieś wypierniczyć, czyli wyrzucić tak, by nikt go nie znalazł. Choć być może wówczas rodzice zlaliby ją, czyli by jej wpierniczyli pasem tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetna nazwę. Wszystkie te czasowniki dzięki przedrostkom zyskują nowe znaczenie- zakończył Maciek swój wywód i z wyrazem triumfu w oczach spojrzał na wychowawczynię. Pani Czajka milczała przez chwilę, a potem odezwała się, powoli cedząc słowa: - Aby to- mówiąc twoim językiem- pierniczenie trzy po trzy miało sens, proszę, byście oboje- zarówno ty, Macieju, jak i ty Katarzyno- na jutro każdą z wymienionych form słowa "pierniczyć" odmienili przez osoby i wszelkie możliwe czasy. Podając oczywiście znaczenie każdej z form. Myślę, że praca ta sprawi wam obojgu trochę radości. Maciek rozdziawił usta (...) - Kto z was powie, skąd wziął się tytuł "Kamienie na szanie" ? Odpowiedziała jej cisza, bo klasa dusiła się ze śmiechu. A Aleks szturchnąwszy Maćka w ramię, szepnął :Piernik!
M. K. Piekarska,"Klasa pani Czajki, Warszawa, AGA- PRESS, 2004, s.81

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Rozterki wychowawcy klasy... nie tylko w gimnazjum

niedziela 12 sie 2012, 12:56

Jutro znowu godzina wychowawcza. Dlaczego tylko jedna? Gdybym była ministrem, przeznaczyłabym tydzień na zajęcia integracyjne, wychowawcze i długie rozmowy. Tymczasem moje wychowawstwo coraz częściej polega na załatwianiu urzędowych spraw. Czuję się jak pani z okienka, która leci lakierowanym paznokciem po liście i co jakiś czas mówi: "Następny proszę". A przecież moja klasa to ponad dwadzieścia życiorysów i setki osobistych spraw. I tyle samo tematów do książek czy interwencyjnych reportaży. I tyle samo powodów, aby pochylić się nad każdą biografią. Nie przegapić jakiejś niepozornej bolączki, która może przerodzić się w czyjś cichy dramat.
Nie lubią rozmawiać. Wiadomo. Pryszczaci, zbuntowani. Nikt ich nie rozumie. Ja też nie zawsze, ale muszę być drążącą kroplą wody, skoro oni postanowili udawać głaz. Nawet nie wiedzą, ile to razy byłam o krok od nietypowego zwierzenia. Ach, zdobyć się choć raz na śmiałość. Wyznać im, że są takie chwile, gdy ich normalnie nie lubię! Gdy mam dość tych zblazowanych min, wydumanych problemów, pretensji o słabszą ocenę... Już widzę zdumienie na twarzach, choć przecież ten rodzaj szczerości urodził się z nimi, nie w czasach, gdy sama chodziłam do szkoły... Trudno też ustalić, gdzie ta ich szczerość się kończy, a zaczyna zwyczajny brak kindersztuby. Byliby zdziwieni, że kiedyś coś podobnego istniało! Jestem pewna, że lekcja o kindersztubie wzbudziłaby śmiech i niedowierzanie. Bo też i motyw taki, że się nie nadaje na temat ich ulubionej komputerowej gry...
Barbara Kosmowska,samotni.pl, W.A.B., Warszawa, 2011, s.124

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Nauczyciel- ka też człowiek...

niedziela 12 sie 2012, 14:56

Nie mogłam skupić się na lekcjach, bo cały czas myślałam, jak by tu coś ze sobą zrobić.
Słuchajcie, moi drodzy- powiedziałam, zerknąwszy pobieżnie na listę obecności. - Zamierzam dokonać zmian w swojej osobowości... - Na jaką?- zapytał natychmiast Maciek Milski.
-Na lepszą, generalnie rzecz biorąc. -Westchnęłam. - Najwyższy czas. Każdy człowiek co parę lat powinien zmieniać się na lepsze. Potrzebna mi wasza pomoc...
- Tu już nic nie pomoże- szepnęła szeptem scenicznym żmijowata Renatka (...)
- Na początek muszę zmienić kolorystykę. W jakim kolorze byście mnie widzieli?
- W czerwonym!- ryknęła klasa ochoczo i jednogłośnie. - W czerwonym...- zastanowiłam się - trochę bym się jednak bała... - Mysz wychodzi z nory, ale ma opory- zasyczała niezawodna Renatka. - Nie pesz mnie, dziecko- powiedziałam łagodnie, wiedząc, że nazwanie jej dzieckiem doprowadza ją do furii. - I nie przeszkadzaj koleżankom i kolegom w wykazywaniu dobrej woli. A jeśli nie czerwony, to jaki? -A jakie ma pani oczy?- wyrwał się taki jeden Krzysztof Dziubski.- Pani się odwróci do światła- zażądała Basia. - Szarozielone!- obwieściła klasie. -Ja bym widział brązy- orzekł fachowo Maciek. - Z domieszką zieleni i odrobiną żółtka, takiego od jajka, naprawdę żółtego. - Myślisz?- Basia oglądała mnie jak manekin. - Może i masz rację. Pani spróbuje, tak jak on mówi. Brązy mogą być z szarym, ale zieleń niech będzie zdecydowana. jasna, nie ciemna. I żadne oliwki. Wszystko zimne. Bo inaczej będzie pani wyglądała myszowato. - Więc jednak wyglądam myszowato?
- Nie da się ukryć, że trochę tak- powiedziała bezwzględna Bożenka. - Ja przepraszam, że tak mówię, ale prosiła nas pani o radę. - Nie, nie, w porządku. I co dalej? - No więc to żółtko nie za ciepłe też, rozumie pani. Może raczej kanarek. Cytrynka, taka dojrzała, ale zawsze zimna. Będzie bardzo dobrze. - ja bym jeszcze trochę srebra na pani powiesił - dorzucił syn Liama Neesona, mierząc mnie okiem artysty. Nie, żeby takie łańcuszki, co to ich nie widać, ale i nie pierścienie jak kastety.. - Nieduże wisiorki- dodała któraś z dziewczyn. - Niekoniecznie tylko srebrne, mogą też być z kamieniami. - Macie na myśli diamenty i rubiny? - jęknęłam. - Nie, mamy na myśli różne zielone. jakby pani miała szmaragdy, to by nie było źle. - Coś ty - zaoponował Maciek- szmaragdy to ostentacja, a pani nie jest w ogóle ostentacyjna. - Dziękuję pokornie, że nie każecie mi nosić szmaragdów... - I włosy trzeba poprawić- rozszalały się dziewczyny. - Lekko szamponem koloryzującym, bo też myszowate! -Bardzo dobrze! I jeszcze jedno- gorączkowała się Basia- jak pani będzie kupowała te nowe ciuchy, to niech pani nie idzie w żadne kostiumiki! najwyżej jeden, na oficjalne wyjścia. a tak na co dzień, niech pani zostanie przy tych fasonach, które pani nosi. luźne spódnice, swetry. Tak trochę artystycznie! -Zapamięta pani wszystko?- zatroszczył się Maciek. - Bo może by dziewczyny poszły z panią do sklepów... - Kochani jesteście i bardzo wam dziękuję, ale na zakupy pójdę sama. Mam nadzieję, że wszystko zapamiętałam. - Jutro panią ocenimy! - do jutra pewnie nie zdążę...ale postaram się najdalej do poniedziałku. I tak przecież nie stać mnie na odnowienie całej garderoby. - To przynajmniej kolorowe apaszki do tych czerni- poradził Maciek. - Boże, ależ ja muszę popracować nad sobą... -Niech się pani nie martwi- pocieszała mnie Basia. - Będziemy panią prowadzić za rączkę. Bo pani chyba naprawdę nie ma wprawy. Malować się też panią nauczymy. -Trzymam za słowo. ale to już nie w ramach lekcji, dobrze? A propos lekcji, popracujemy???
Monika Szwaja,Jestem nudziarą,Prószyński i S-ka, Warszawa, s. 46

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Re: Nieuchwytne "to coś" w belferskiej profesji

piątek 17 sie 2012, 22:07

- Widzę, że niektórzy chcą przesiedzieć tę lekcję, ale tak się nie da. Tu jest gimnazjum, osiedle Radockiego, OBUDŹCIE SIĘ i odpowiedzcie na pytanie, które zadałam. -Wojtku, hej, hej- Pańcia pstryka palcami. - Nie mogę dyskutować o bohaterze powieści, ponieważ jego postać burzy moje poczucie estetyki- odpowiada Idol. Pańcia usta układa w ciup i klaszcze w ręce, bo to jej ulubiony gest. Paznokcie ma wypielęgnowane, tipsy zawsze uzupełnione, manicure najczęściej francuski, dyskretny. Pańcia głos moduluje, zaciekawiona- i nas swoim głosem od razu zaciekawia. - Czy zauważyliście, kochani, że Wojtek ma niezwykle bogate słownictwo? Burzy moje poczucie estetyki...świetny zwrot, dobrze użyty, niespotykany wśród nastolatków. Ciekawam, co jeszcze burzy twoje poczucie estetyki, Wojtku, i czym ono jest to poczucie, a czym ta estetyka? Jak ma to zrozumieć ktoś, kto nie używa takich słów? Wojtek zastanawia się chwilkę, oczy wznosi do góry, jakby stamtąd oczekiwał natchnienia: - Bo to jest tak, że mogę zjeść parówki z tacki tekturowej albo z prawdziwego talerzyka, wypić piw... to znaczy coca-colę ze szklanki lub z plastikowego kubka. Wolę ze szklanki, bo lepiej smakuje i nie burzy mojego poczucia estetyki. Z ludźmi bywa podobnie. -Tak, tak, rozumiem- mówi Pańcia- ale dalej nie rozumiem, dlaczego bohater "Syzyfowych prac" burzy twoje poczucie estetyki? -Bo nie lubię gada i już! Za bardzo uduchowiony, za mało realny, bez własnego stylu, zupełnie nie dla mnie facet, ja wole twardzieli. - Bardzo skomplikowane jest twoje poczucie estetyki, chciałabym cie dobrze zrozumieć, dlatego bardzo proszę, napisz impresję na temat: Mój idol- czyli rozumiem... ktoś nie burzący twojego poczucia estetyki. - Idol, idol, idol- klasa zaczęła skandować. Kiedy robił się szum w klasie, Pańcia ściszała głos. Teraz też zaczęła mówić cichutko, wyraźnie, powoli. Klasa się uciszała, wpatrując w jej usta. -Nie upieram się, byście uwielbiali bohatera "Syzyfowych prac", aczkolwiek nazwanie go gadem jest gruba przesadą, powiem więcej: prawdziwym nietaktem, ponieważ był to młodzieniec pełen zalet. Dobrze by jednak było, gdybyście go zrozumieli. O tym też możecie napisać. - Czy ktoś chciałby się przyjaźnić z Marcinem Borowiczem? Jeśli tak, to dlaczego? Podpowiem także: może dostrzeżecie w nim cechy, o których się dzisiaj zapomina, na przykład patriotyzm. - Mogą być krótkie teksty. Choćby na jedną stronę. Przeczytamy, a potem sobie porozmawiamy, dobrze? -A jak komuś się nie chce tracić czasu na takie głupoty, to nie musi pisać?- zapytałam. - Bardzo mądre pytanie- powiedziała Pańcia, przyglądając mi się uważnie. - Kaśka napisze tekst o tym, dlaczego pisanie o Borowiczu jest dla niej stratą czasu, dobrze? Z Pańcią to jest tak, że jak się obrócisz, tyłek zostaje z tyłu. Zawsze odwróci kota ogonem. Nie obraża się, słucha, co mówimy, a potem i tak wychodzi na swoje. Taka ona jest, ta nasza Pańcia. Każdego potrafi dowartościować, choćby najgłupsze głupstwo powiedział. Dlatego Pańcia ma styl, dlatego Pańci nikt nie podskoczy...

"Kaśka Podrywaczka"- Marta Fox, Akapit Press, Łódź, 2008, str. 34

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Re: Ten ważny, tamten ważniejszy, ale mój najważniejszy!

piątek 24 sie 2012, 18:29

Przed drzwiami pokoju nauczycielskiego zatrzymała mnie Iza. - Powiedziałaś Straszczykowi, że wiadomości z chemii zaśmiecają głowę?
- Nie! Chociaż... - zawahałam się. - W gruncie rzeczy mógł odnieść takie wrażenie...
- Więc mu oszczędź takich wrażeń- wysapała Iza. - Bo będzie kiblował.
- Mówiliśmy tylko o tym, że nie wszystkie wiadomości są potrzebne- wyjaśniłam potulnie.
- Pewnie, że nie wszystkie -zgodziła się natychmiast Iza. - Takie żeromszczyzny i awangardy, na przykład. Komu to potrzebne? Ale od aminokwasów wara! Poza tym Klara Cię szukała. Podobno powiedziałaś Straszczykowi, że matematyki też się nie musi uczyć. Mówiąc między nami, sama tak uważam, ale Klara nie jest zadowolona. Znasz ją, okropna formalistka. Nie masz pojęcia, co od tych dzieciaków wymaga.
Wzięłyśmy dzienniki oraz klucze od sal i poszłyśmy na lekcje...

Eus deus kosmateus, Mirosława Sędzikowska, SuperNowa, Warszawa, 2008, str.99
Ostatnio zmieniony piątek 24 sie 2012, 19:59 przez Grażyna Bartkowska, łącznie zmieniany 1 raz.

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Re: Ciężka próbka lekcyjnego kabaretonu

piątek 24 sie 2012, 19:51

Lekcja w drugiej B. Bardzo męcząca klasa. Pewnego dnia tak wrzasnęłam "Cisza", że głos na chwilę straciłam.
Tym razem, żeby spacyfikować klasę, obiecałam gadułom szczegółowe przepytanie z obyczajów szlacheckich, jeśli tylko któryś otworzy paszczę. Obietnica poskutkowała. Klasa ucichła, tylko dwie dziewczyny z ostatniej ławki pokładały się się z nieopanowanego śmiechu.
- Co cię śmieszy, Magda? - spytałam lodowato.
- Bo ona... hi, hi, hi! Bo ona... he, he, he! Wsadziła mi długopis do ucha.
- Natalia! Czy ty myślisz, że cztery miliardy lat temu ameba wypełzła z oceanu po to, żebyś teraz koleżance wkładała długopis do ucha? Wiesz, jak parszywie niesprawiedliwa i okrutna była ewolucja? Hekatomby ofiar w ślepych uliczkach przemiany. Ginące gatunki, ohydne sposoby przetrwania. Pomyślałaś kiedyś o wyścigu zbrojeń u gadów?
- Nie- przyznała Natalia, która ze zdumienia przestała się śmiać.
- Wyścig zbrojeń nic im nie pomógł- rzekłam ponuro. - Wyginęły, przez co dały szansę małym ssakom, a w konsekwencji nam. I cały ten potężny wysiłek natury ma służyć temu, żebyś mogła wkładać koleżance długopis do ucha? Jesteś szczytowym osiągnięciem ewolucji, więc zajmij się czymś pożytecznym, na przykład uratuj komuś życie, rozwiąż problem bezrobocia, zlikwiduj wojny i głód w Afryce, wstrzymaj katastrofy ekologiczne i odkryj szczepionkę na AIDS!
- O czym pani mówi?- Natalia wytrzeszczyła oczy. - Nawet bym nie wiedziała, od czego zacząć!
- Jak to, od czego!- żachnęłam się. -Od zapisania w zeszycie tematu lekcji, rzecz jasna!
Zajęcia były w sali przejściowej i w tej chwili otworzyły się drzwi, wypuszczając dziwną procesję. Czterech chłopców dźwigało siedzącego na krześle Krzysztofa Szaraczka, podczas gdy dwóch innych niosło jego plecak i kurtkę. Ksiądz stanął w progu.
- Sam nie chciał wyjść- objaśnił refleksyjnie. A przyniósł lekturę nieodpowiednią na lekcję religii.
- Pisemka pornograficzne?
- Wam, humanistom, tylko jedno na myśli!- zachichotał ksiądz. - Nie. Pochwalił się Biblią szatana.
Przemek pochylił się do Łukasza. Siedzieli w pierwszej ławce, wiec usłyszałam szept:
- Patrz, raz wziął Biblię szatana, a już go noszą jak panisko i teczki za nim targają.
Opadłam na krzesło, nawet nie próbując uciszać klasy. Kuba Maleszko, który- o dziwo- ma przed sobą rozłożony zeszyt i trzyma długopis w dłoni, wychyla się ze swego miejsca pod oknem.
- Zapiszemy jakiś temat?- pyta. - Niech się pani nie denerwuje. Nie warto...

Eus deus kosmateus, Mirosława Sędzikowska, SuperNowa, Warszawa, 2008, str.128

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Re:Recepta na sukces

niedziela 26 sie 2012, 16:20

W bibliotece szkolnej było bardzo przyjemnie; jedna z koleżanek przyniosła z domu lampę stołową z jedwabnym abażurem, dającą bursztynowe, łagodne światło /twierdziła, że przy górnym świetle wstydzi się czytać swoje wiersze/. Inna koleżanka przyniosła kubeczki, a jedyny w kółku literackim chłopiec /na imię miał Witek, całkiem miły, chociaż zdarzało mu się zakląć/ ofiarował stary czajnik bezprzewodowy, do parzenia herbaty dla wszystkich oraz kawy dla pana polonisty. Była tu też zielona roślina pnąca się po regale w kierunku okna i piękny portret Andersena, który Łusia zawsze miała przed oczami, jeśli nie patrzyła akurat na pana polonistę. A kiedy za oknem, tak jak w tej chwili właśnie, padał gęsty, szumiący deszcz, biblioteka stawała się najbardziej przytulnym zaciszem na świecie.
Na stole stała tu zawsze puszka z pysznymi ciasteczkami sezamowymi. Przynosił je pan polonista- co tydzień świeże!- dla uczestników kółka, jako aluzję do "Klechd sezamowych". To po ich przeczytaniu właśnie , w dzieciństwie, postanowił, że odda książkom swoje życie. Wyznał to we wrześniu, na pierwszych zajęciach kółka literackiego, i tak właśnie zaczęły się ich czytelnicze zwierzenia. Wszyscy, jak się okazało, mieli swoje ulubione książki i bardzo ciekawie o tym opowiadali.
Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu, a zaczynali je zwykle od omówienia Ciekawostek Minionych Dni. We wrześniu wszyscy dostali specjalne zeszyciki, w których notować mieli napotkane błędy językowe, śmieszne lub niezrozumiałe wyrażenia, ciekawe związki frazeologiczne albo po prostu nieznane słowa. I o nich sobie potem rozmawiali. Tę część zajęć Łusia lubiła najbardziej, bo okazywało się zwykle, że to ona właśnie zanotowała najwięcej przykładów. Część druga, kiedy to starsze koleżanki czytały mdlejącymi głosami swoje utwory, nie wydawała się już Łusi tak pasjonująca, może dlatego, że sama żadnego utworu jeszcze nie przedstawiła /miała tremę; no i nie miała utworu/. Dopiero na zakończenie pan polonista zabierał głos i mówił bardzo ciekawie o tym, co przed chwilą usłyszeli, albo cytował wiersze czy opowiadania- i znów były to chwile bardzo przez Łusię lubiane. Rzecz dziwna: on nigdy nie musiał podnosić głosu ani gniewem wymuszać uwagi. Uczniowie słuchali go jak zaczarowani, nie tylko zresztą na kółku; przecież normalnie uczył starsze klasy i wszyscy, absolutnie wszyscy, uwielbiali lekcje języka polskiego. Ola, ta koleżanka od lamy, twierdziła, że dzieje się tak dlatego, że pan polonista kocha swój zawód. Powiedziała jej to mama, która była psychologiem.

Sprężyna, Małgorzata Musierowicz,Akapit Press, Łódź, 2008, str. 160

Grażyna Bartkowska
Posty: 16
Rejestracja: piątek 11 lis 2011, 17:40

Re:Sonet dla pana polonisty

niedziela 26 sie 2012, 17:48

Czyżby nie było w tym domu żadnych smacznych Ciekawostek Minionych Dni? Cóż, może i były, lecz nikt ich nie zanotował: Łusia bowiem przez ostatnie dwie doby cyzelowała swoja niespodziankę.
Pozazdrościła pomysłu Ignasiowi.
Doskonale rozumiała jego uczucia: musiało mu być bardzo przykro, kiedy widział, jak klasa szydzi z pani polonistki. Swoja drogą, niewyobrażalny wprost skandal. Jak mogli!
To, że Ignaś miał teraz podarować swojej pani napisany przez siebie sonet, wydawało się Łusi przepięknym zadośćuczynieniem; ona też by tak chciała. Tak, byłoby cudownie móc sprezentować sonet panu poloniście.
Pożyczyła więc zaraz od kuzyna ów wiersz o brzydkim tytule i zaczęła uważnie badać jego budowę. Doświadczenie okazało się bardzo ciekawe:
"Czcigodny gnoju, dobroczynne łajno
Tchnące jak znojna najmity pazucha (...) /Leopold Staff, Gnój/
Dość łatwo rozszyfrowała system, patrząc co się z czym rymuje i czym różnią się rymy pomiędzy sobą; to było trochę jak łamigłówka- bardzo przyjemna zabawa. Policzyła też zgłoski w każdym wersie: po jedenaście, równiutko. Aha.
Jeśli chodzi o zrozumienie tekstu- problemów nie miała nawet w kwestii wonności Arabii. Wiedziała także,- na podstawie licznych wizyt u wujka Florka- jak zachowuje się świeży obornik w zimne poranki. Faktycznie: dymi. Również słowo "siejba" nie było jej obce, podobnie jak "pazucha". Natomiast kompletnie nie znała słowa "najmita". Ale od czegóż słownik języka polskiego. Już niebawem odnalazła w nim najmitę: płatny pracownik!
Teraz cały sens sonetu odsłonił się przed jej dociekliwym umysłem (...) Pan polonista też był skromny i niepozorny, a przecież wydajny- i prowadził w kółku literackim siejbę, licząc na plon. Coś cudownego, nie do wiary, jak to się zgadzało(...) W ostatniej chwili ozdobiła sonet rysunkiem odręcznym, tworząc jakby laurkę: rameczka, a w niej triumfujący pan polonista, ujęty szkicowo, w ruchu, na polu okrytym młodą zielenią. W tle- pryzma obornika. Na wypadek, gdyby odbiorca sonetu nie chwycił aluzji, Łusia uczyniła ołówkiem maleńkie strzałeczki w rogu rysunku i dopisała maczkiem: "niwa" i "obornik" (...)
- Sonet?!- zakrzyknął nauczyciel, wielce zadziwiony. /Cóż, kto jak kto, ale on przecież najlepiej wiedział, jak kunsztowna jest to forma poetycka. Na pewno go o tym uczyli na studiach./
Śmiało, Łusiu, jestem bardzo ciekaw twojego sonetu, czytaj, nie bój się, nawet jak się pomylisz, nikt nie będzie się z ciebie śmiał. Zapewniam cię o tym.
Tak ośmielona, Łusia napełniła się wdzięcznością jeszcze bardziej, rozwinęła swoją piękną laurkę i natchnionym głosem przeczytała jak z nut:
- POLONISTA
Czcigodny panie, drogi polonisto, tchnący mądrością jak sowa o świcie (...)
Skończyła. wszyscy uczestnicy kółka dali jaj wielkie brawo.
Natomiast zaskoczyło Łusię zachowanie polonisty. Siedział w swoim fotelu, łokcie wspierając o kolana, a twarz zakrywał obiema rękami. Drgały mu ramiona. Wyglądał, jakby ogarnęło go wielkie wzruszenie, który to efekt, prawdę mówiąc, Łusia właśnie zamierzała wywołać, choć może nie aż w takim stopniu. Jednakże dziwne było, że przez dłuższą chwilę nauczyciel nic nie mówił, a kiedy się odezwał, głos jago był nieswój, jakby zduszony.
- Przepraszam na chwilkę- powiedział niewyraźnie i wypadł z biblioteki.
To się jeszcze nigdy nie zdarzyło! Wszyscy byli ciekawi, dokąd poszedł. Starszy kolega Witek od czajnika bezprzewodowego podkradł się dyskretnie do drzwi, uchylił je i wyjrzał za nauczycielem przez szparkę.
- Jest!- powiedział szeptem. - Stoi pod ścianą!
- Pod ścianą?!
- Opiera czoło o ścianę. Ręce też. I tak się jakoś pochyla. Może mu się słabo zrobiło? Oj, on trzęsie plecami!
-Czym trzęsie?
-No, plecami! Może ma jakiś atak? (...)
Ku ogólnej uldze pan polonista wrócił do sali bibliotecznej w zupełnie dobrej formie. Miał tylko troszkę załzawione oczy, a po zaczerwienionej twarzy przelatywały mu jakby skurcze.
(...)- Jestem z ciebie dumny!- powiedział.
Wtedy to wzruszona, wręczyła mu swoją laurkę, zaś pan polonista spojrzał - i wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem. Trzymał się za brzuch, cały się trząsł, a z oczu poleciały mu łzy.
Ale Łusia mu to chętnie wybaczyła. Rysunek był przecież wykonany bardzo pospiesznie.
W przeciwieństwie do sonetu.

Sprężyna, Małgorzata Musierowicz, Akapit Press, Łódź, 2008, str.197

Wróć do „Biblioteka w Szkole - Forum Ogólne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Bing [Bot], Google [Bot] i 11 gości